Efekt jojo

18 Lut
Efekt jojo
4.7 (93.85%) 13 głosy

Efekt jojo polega na tym, że jak już się człowiek wreszcie odchudzi, to od razu tyje, co jest frustrujące niemalże tak, jak próba nauczenia się obsługi tej wydawałoby się prostej zabawki.

Oczywiście człowiek chudnie długo i mozolnie, a tyje szybko i nagle. To, że o efekcie jojo mówi się głównie w wypadku odchudzania, a nie innych zabiegów ascetycznych jakimi człowiek się poddaje świadczy o stosunkowo wyluzowanym podejściu do problemów wagi. Żaden alkoholik nie powie, że doświadcza efektu jojo, gdy po dziesięciu latach trzeźwości w błyskawicznym tempie zaczyna nadrabiać zaległości.

W czasach mojego dzieciństwa trudno było o prawdziwe jojo. Jaka była wtedy gospodarka wiadomo, więc akurat tym brakiem nikt się za bardzo nie przejmował – kartki na prawdzie jojo można było na czarnym rynku wymienić w stosunku 1000:1 na kartki na papier toaletowy. Miałem za to jojo podrabiane: owiniętą „sreberkiem” piłeczkę na gumce do majtek. No właśnie – niewątpliwie doświadczam efektu jojo – nie jestem natomiast pewien, czy jest to efekt kapitalistyczno-sznurkowy, czy socjalistyczno-gumkowy.

Kapitalistyczne jojo, jest jak wiadomo bardziej płynne w swojej jojowatości i zasadniczo wymaga większej umiejętności we wprawieniu w ruch i jego utrzymaniu, natomiast łatwo je zatrzymać. Ruch nadgarstkiem konieczny jest, aby poderwać jojo do góry, trudno zaś jest wywindować je powyżej dłoni. Jojo sprzed okrągłego stołu zapieprza o wiele szybciej, a jeśli człowiek nie uważa potrafi wystrzelić wysoko ponad poziom wyjściowy. To, że doświadczam efektu jojo jest dla mnie oczywiste – nie wiem natomiast, czy jest to jojo „prawdziwe”, czy produkt „jojopodobny”. Nie ukrywam, że głównie interesuje mnie kwestia wystrzelenia powyżej poziomu wyjściowego.

Pokrótce – schudłem, a nim się spostrzegłem – przytyłem. Tak zupełnie szczerze, to chudnięcie nie było, aż takie mozolne. Owszem pomęczyłem się przez parę dni, ponarzekałem, pokrzyczałem ( „jak Polak głodny, to zły”) na rodzinę, znajomych… i nieznajomych na ulicy… W ciągu tych pierwszych, trudnych kilkuset godzin odchudzania moje myśli krążyły wyłącznie wokół jedzenia, dieta była najściślejsza, a wskazówka wagi stała w miejscu. Zakładam również, że kurczył się żołądek, bo nagle stwierdziłem, że okiełznałem swój apetyt, przestałem warczeć na współpracowników i baby w kolejkach, a „jedzenie zdrowiej” stało się zwykłym „jedzeniem”. Gdy tylko przestałem histerycznie systematycznie konsultować się z wagą, zacząłem wyraźnie chudnąć.

Trudno powiedzieć kiedy guma naciągnęła się do końca, nie pamiętam też, abym wykonał jakiś ruch nadgarstkiem. Jak przez mgłę pamiętam, że zaczęło się od jakiegoś „awaryjnego” kebaba. W każdym razie poleciałem, a odzyskałem przytomność dopiero kiedy skorzystałem z super oferty dwie pizze w cenie jednej. Tak na zapas, bo akurat sam byłem. Że odgrzeję niby…

Choćby nie wiem jak człowiek wyrabiał w sobie pozytywne zwyczaje żywieniowe i choćby nie wiem z jaką łatwością przychodziło mu wcinanie chrupkiego pieczywa, to te stare, złe, niedobre nawyki zostają, jak predylekcja do grubych kromek grubo masłem posmarowanych. W zasadzie powinienem, znów się odchudziwszy iść przez życie dziękując od czasu do czasu: „Ja nie jem, jestem grubasem. Ale nie przeszkadzaj sobie, zamów. Nie jem już od dziesięciu lat. Naprawdę, nawet pieczywa czosnkowego nie mogę spróbować.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *