Zjawił się chirurg, powiedział, że rany były tak poważne, że mózg żony już nie żyje. I wtedy łagodnie spytał: Co ma pan zamiar zrobić? Rozmowa z dr Kennethem Moritsugu, honorowym ambasadorem dawstwa i transplantacji.
Sławomir Zagórski: Dwukrotnie podejmował pan decyzję o darowaniu narządów do przeszczepów po śmierci najbliższych. Dr Kenneth Moritsugu*: Nagła śmierć żony i córki to najtragiczniejsze wydarzenia w moim życiu. W chwili, gdy coś takiego się zdarza, człowiek jest zupełnie otumaniony. Jako lekarz teoretycznie wiedziałem o dawstwie organów, ale nigdy nie dotyczyło to mojej rodziny. A teraz mam decydować o mojej żonie!
Kiedy dotarłem do szpitala, w którym znalazła się po wypadku, lekarze bardzo mi pomogli. Wytłumaczyli, co się stało. Zjawił się chirurg, powiedział, że rany były tak poważne, że mózg już nie żyje. I wtedy łagodnie spytał: "Co ma pan zamiar zrobić?".
Przypomniała mi się natychmiast rozmowa z żoną, kiedy zastanawialiśmy się, jak się zachować, gdy któreś z nas umrze.
Amerykanie rozmawiają o śmierci? - Niespecjalnie, nie lubimy takich przygnębiających tematów.
Kto więc zaczął tę rozmowę? - Już nie pamiętam. W każdym razie zdecydowaliśmy, że chcemy oddać nasze narządy potrzebującym, a ciało do celów naukowych. Więc to nie była moja, lecz jej decyzja.
Mamy w Stanach taki slogan: "Podziel się życiem, podziel się swoją decyzją". Bo jeśli podejmiesz taką decyzję sam i nikomu o tym nie powiesz, bliscy nie będą wiedzieli, co robić w razie twojej śmierci.
Podpisaliśmy niezależnie od siebie kartę dawcy, a potem - na szczęście - szczegółowo omówiliśmy to między sobą. Dzięki temu decyzja, jaką podjąłem po śmierci żony, była dla mnie dużo łatwiejsza.
To, że komuś przydały się jej narządy, sprawiło ulgę? - Tragedia się stała. Wiedziałem, że nic już się nie da zrobić, a może z tego wyniknąć jeszcze coś dobrego. Organy mojej żony uratowały życie ośmiu osobom.
Tak, to rzeczywiście było jakieś pocieszenie.
Kontaktował się pan z biorcami lub ich rodzinami? - Nie czułem takiej potrzeby. Ale w USA można to robić. Kiedyś w trosce o prawo do prywatności nie zezwalano na takie kontakty. Dziś działają u nas specjalne organizacje, które to ułatwiają.
Cztery lata po śmierci żony samochód śmiertelnie potrącił pańską 22-letnią córkę. - Niewyobrażalna tragedia. Na dodatek tym razem wszystko potoczyło się znacznie gorzej. Przy żonie lekarze mieli czas, teraz personel szpitala był zajęty, opryskliwy. Czuliśmy się okropnie, byliśmy wściekli. Z każdą minutą coraz gorzej nastawieni do darowania jej narządów.
Dlatego świetnie rozumiem ludzi, którzy w takiej sytuacji odmawiają, bo zetknęli się z niemiłym traktowaniem ze strony pielęgniarek czy lekarzy. Gdyby nas coś takiego spotkało za pierwszym razem, nie wiadomo, czy do pobrania narządów w ogóle by doszło.
Ostatecznie zgodziliśmy się. Organy córki trafiły do siedmiu ciężko chorych osób.
(* -
Dr Kenneth Moritsugu - jest honorowym ambasadorem dawstwa i transplantacji (tytuł ten otrzymał w 2007 r. podczas międzynarodowego kongresu dot. dawstwa narządów). Piastował m.in. funkcję naczelnego konsultanta Stanów Zjednoczonych ds. chirurgii ogólnej. W Polsce przebywał na zaproszenie linemed.pl i Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej) źródło:
Gazeta Wyborcza Czytaj też:
Religie o dawstwie narządów
Częste pytania na temat transplantacji
Jak to działa?
Czym jest transplantacja?