W Europie dobrze wiemy, że amerykanie to nieuki... Spośród wielu rzeczy, których przeciętny Amerykanin nie wie, jest odpowiedź na pytanie: co to jest kaloria? W Europie wiemy co to jest kaloria i wiemy, że Amerykanie nie wiedzą. Co więcej - lubimy się z tej ich niewiedzy śmiać - być może dlatego tak wielką popularnością cieszył się kilka lat temu antyhamburgerowy dokument Supersize me!
Bohater filmu, przypominam, z własnej nieprzymuszonej woli, postanowił żywić się wyłącznie w McDonaldzie – czyli wstąpił na tą samą dietetyczną ścieżkę wojenną co ja, tyle że kroczył nią w przeciwnym kierunku. Film chodzi mi po głowie ostatnio, głównie ze względu na zazdrość jaką we mnie budzi… Co tu kryć, ślinka mi cieknie na samą myśl tortur, które nieszczęśnik musiał przejść!
O ile pamiętam, rzeczonych kalorii dziennie pochłaniał około 5000, czyli dużo za dużo i wciąż czuł się na zmianę opchany i głodny. Do tego dochodziło rozdrażnienie, złe samopoczucie i – pod koniec eksperymentu – niemalże terminalne pogorszenie zdrowia. Zakładam, że w mojej walce o lepszą dietę nie grozi mi to ostatnie. Nie czuję się też opchany. Natomiast głód, rozdrażnienie, samopoczucie, że szkoda gadać – i owszem, wszystko na raz, proszę bardzo…
Stąd zacząłem myśleć o kaloriach. Początkowo, miałem zamiar jedynie połowicznie nawrócić się na "odchudzanie" wpisując na indeks hamburgery i inne śmieci. Za skarby świata nie chciałem pozwolić takim słowom jak: "kaloria", "wartość odżywcza", "metabolizm", czy "przegryzka" wkraść się do mojego słownika. Problem w tym, że, chyba cierpię, kurcze, na "zaburzenia łaknienia" (Wkradają się! Wkradają! Wystarczy, że opuszczę gardę, a nowomowa z kolorowych magazynów zajmuje puste miejsca pozostawione przez "zestaw powiększony", "na wynos" i "tarty ser") . Nie wiem ile powinienem jeść. Wiem, że własnym odczuciami nie mogę się kierować, o nie! Robię tak od jakiegoś czasu, a wciąż jestem gruby i głodny.
Jako Europejczyk biegle posługujący się systemem metrycznym, wiem co to jest kaloria. Wiem nawet, że kaloria, ta nasza powszednia, to taka zdrobniała, pieszczotliwa nazwa kilokalorii... Wiem też ile kcal powinienem dostarczyć organizmowi dziennie, aby zachować wagę . Czyli na śniadanie... Może inaczej...
Kilka lat przed
Supersize me! dwóch amerykanów o polskim nazwisku nakręciło film w zasadzie o tym samym, czyli o złym systemie żerującym na bogu ducha winnych ludzkich istotach. Nie wiadomo czy autorzy Matrixa wiedzieli co to kaloria. Skoro jednak, jak twierdzą miłośnicy filmu, wiedzieli co to symulakrum...
Przypominam – maszyny rządzą światem, a potrzebną do życia energię czerpią z ludzkich ciał. Żeby przedłużyć życie „baterii”, podpinają ich mózgi do wirtualnej rzeczywistości i o tym cały film i jeszcze dwa następne.
Staram się wyrugować jedzenie z wyobraźni, bo nadmiar myślenia kończy się często jakąś autodestrukcyjną wizytą w Burger Kingu, więc zastanawiam się nie nad tym co jeść na śniadanie, ale ile miałaby ze mnie taka krwiożercza maszyna... Film Wachowskich nie daje odpowiedzi na pytanie ile bio-energi mogłaby pobrać z mojego prawie-truchła, ale załóżmy, że aż 100% tego co mi wpompuje rurką. Maszyna waży mnie, mierzy, odpala sobie
kalkulator zapotrzebowania kalorycznego, mechanicznym chichotem kwituje wybór opcji "mało aktywny tryb życia" i wychodzi jej, że aby utrzymać moją wagę i podstawowe funkcje życiowe musi karmić mnie dziennie papką o wartości energetycznej rzędu 2.5 tys kalorii, co robi z przyjemnością, bowiem z papki nie ma pożytku, ale już z bio-energii moich komórek tak. Ile pożytku?
Jako Europejczyk biegły w posługiwaniu się systemem metrycznym wiem, że Kcal to energia potrzebna do podniesienia temperatury kilograma wody o 1 stopień Celsjusza. Moja dzienna dawka wystarcza więc – w dużym uproszczeniu – żeby doprowadzić od temperatury pokojowej do wrzenia 31 i ćwierć litra wody... Woda różnie się gotuje w różnych warunkach, stąd tyle wariantów kalorii co gotujących wodę, ale przyjmijmy, że maszyna karmi mnie 2.5 tys. kalorii termochemicznych, które mają tą przewagę nad kaloriami "międzynarodowymi", że łatwiej przeliczają się na Dżule (1 Kcal = 4.184 KJ vs 4.1868)... A Dżule przeliczymy na Waty i maszyna będzie sobie mogła zapalić żarówkę. Uwaga:
2500kcal/24h * 4.184 = 10460KJ/24h * 1000/3600 = 121 J/s = 121 W
Jakby ktoś nie wierzył – obliczenia dokonał pierwowzór Matrixa, czyli
Wielki Kalkulator. Wychodzi, że maszyna może sobie mną zapalić dwie średnie żarówki, co robi jeszcze mniejsze wrażenie niż 31 litrów zagotowanej wody.
Dieta 1000 kcal, która jest dla mnie czymś niepojętym, daje około 48 watów, czyli nawet zwykłego komputera się nie włączy... (Dziewczyny – uważajcie!)
Co z tego wynika? Tj. poza faktem, że żeby zapewnić moc elektryczną generowaną przez warszawskie Siekierki maszyny potrzebowałyby ponad pięć milionów delikwentów o zbliżonych do mnie parametrach? Wynika to co zwykle: a) jem za dużo i b) to i tak strasznie mało, a więc c) mam prawo być głodny.
Linemed.pl kibicujący mojej torturze podrzucił mi nieco literatury dla odchudzających głodomorów. Wiem już nawet co to jest „pusta kaloria” i z pewnym obrzydzeniem opowiem o tym Państwu niebawem. Póki co od „300 pustych kalorii” o wiele łatwiej przechodzi mi przez gardło „pączek”… Powiem więcej – różnica między „600 pustych kalorii” a „2 pączki” jest już kolosalna, a między „900 pustych kalorii” a „3 pączki” prawie metafizyczna… Tego jednego dnia w roku (dziś wypada tłusty czwartek) pączkowe kalorie powinny być nie „puste”, a przynajmniej nadziewane…