Przestało padać. Z niedowierzaniem patrzymy w niebo, na którym nie widać skłębionych szarych chmur, do których zaczęliśmy się powoli przyzwyczajać. Niebo jest po prostu błękitne, czyste i obiecujące piękny dzień. To cud!
Wraz ze zmianą pogody tubylcy zmienili swoją garderobę na lżejszą, odsłaniając tym samym ukryte dotąd ciała. No i zaczęło Się! Nie chce już do sklepowa, nie bawią mnie wycieczki, ja chce siedzieć na ławce w centrum miasta i patrzeć na ludzi, bo takiego widowiska nie dane mi było oglądać jeszcze nigdy.
Podejrzewałam coś już w sklepie, gdy wpadły mi w ręce spodnie w rozmiarze 24, co u nas oznacza bodaj 50. Zamarłam, bo TAK wielkich spodni nie widziałam w życiu. Ale co innego zobaczyć spodnie, a co innego spotkać je na ulicy wyplenione po brzegi ciałem ich właścicielki. Po brzegi! Boże, jak żałuje, ze nie ma tu jeszcze mojej Dużej Królewny, z którą mamy opracowany system szturchnięć, kopnięć i znaczących chrząknięć, dzięki którym pokazujemy sobie dyskretnie to, co warte jest zobaczenia.
Gapię sie więc i czuję, jak z każdą mijającą mnie ogromną kobietą rośnie moje ego i polepsza sie samopoczucie. Zwłaszcza, że wyglądają na całkiem zadowolone z życia, a ich wygląd absolutnie nie psuje im humoru. Zajadają przy tym fish &chips albo tylko chips tak swobodnie, jakby nigdy nie słyszały o kaloriach, tłuszczu, cellulicie. Tak, jakby nie istniał żaden związek miedzy pochłanianymi na śniadanie, lunch i kolacje frytkami a rozmiarem ich spodni. Doprawdy, to kraj szczęśliwych kobiet.
Ale tym, co wprawia mnie w największe zdumienie nie są ich wielkie ciuchy, ale towarzystwo, w jakim spacerują. Wydawać by sie mogło, że tak wielgachne osoby najlepiej czuć sie będą w towarzystwie kogoś, kto ma podobne wymiary. Gdzież tam!
Przeważnie kroczą dumnie dzierżąc pod ręka jakiegoś drobnego, aczkolwiek caaalkiem przystojnego Anglika. I nie wygląda na to, że on sie dla niej poświecą.
Wracam do domu i staje przed lustrem. Jak zwykle nie podoba mi sie to, co widzę, ale nie pamiętam, żeby kiedyś było inaczej. Ostatnio zginęła gdzieś moja talia, tak po prostu pewnego dnia stwierdziłam jej brak. To krnąbrne ciało zawsze odmawiające współpracy... Zawsze czegoś jest za dużo, innego za mało, te ciągle lęki, ciche dramaty przy deserze, wyrzuty sumienia po każdej bułeczce na śniadanie. Cholera, czemu tak się katuję?! Odwieczny dylemat – szczupła czy szczęśliwa?
Czuję, że opadam z sił, wyczerpały mnie te obserwacje. Chyba spenetruję lodówkę, bo mój organizm domaga sie wsparcia. Co ja tam mam? Boże, ręcznie robione praliny z ciemnej i białej czekolady! Niebo w ustach, rozkosz nie do opisania! Nie będę sie odchudzać, nie dziś, może od poniedziałku, a mąż dostanie zakaz dostarczania pokus kulinarnych.
Cztery praliny i dwie gałki lodów waniliowych później stwierdzam, ze wcale nie tęsknię już za moja zaginioną talią. Czuje się naprawdę świetnie, niech to trwa jak najdłużej!