Pozwolą Państwo, że się przedstawię - nazywam się Tomek i jestem palaczem... Nie, nie jak ten pan, który spowodował, że dwa lata temu, cała Polska poznała wyniki wyborów godzinę później. Choć on też... Znaczy się -- on zapewne, był palaczem w dwójnasób -- ja tylko w sensie tego palenia, które zabija.
Tego palenia, które zamyka naczynia krwionośne i jest przyczyną zawałów serca i udarów mózgu. Tego palenia, które szkodzi mnie i tym przebywającym blisko mnie. Tego palenia, które może wyjątkowo szkodzić kobietom w ciąży. Palenia, które nie dość, że może zmniejszyć przepływ krwi i powodować impotencję, to jeszcze na dodatek palenia, które yderst skadelig for dig og dine omgivelser. Aż się boję sprawdzić, jakie nieszczęścia mogą dopaść duńskich palaczy! A mogą i mnie, skoro nie raz raczyłem się tytoniem Orlik Golden Sliced, którym nieświadoma zagrożenia obdarowała mnie na święta własna matka...
Żarty na bok. Kiepskie żarty. Czytają to Państwo, bądź, co bądź na portalu medycznym, zdrowym i bez przedziałów dla palących. I słusznie. Śpieszę usprawiedliwić moją obecność - od pewnego czasu jestem więcej niż palaczem - jestem rzucaczem. Nie palę, tylko rzucam. Możecie mnie zapytać. Pytają mnie nowi znajomi, kiedy widzą mnie po raz pierwszy z papierosem - "Ty palisz?" - "Nie -- rzucam." Rzucam już tak kilka lat, jeszcze nie dłużej niż palę, bogu dzięki. I chciałbym przestać rzucać. Chciałbym przestać palić. Szczerze.
Bogu dzięki -- jak mi mówią -- nie mogą Państwo zostawić komentarza pod moim wpisem... Ale mogą Państwo mi nawrzucać w mailu. Albo poczęstować dobrą radą. Wiem - rzucić trzeba raz na dobre i kropka. Rzucasz, jeśli ostatni papieros jest za tobą, a nie przed tobą. I jeśli nie przeraża cię myśl, że nie wiedziałeś, że ten ostatni to właśnie ostatni był i, że już koniec. Nevermore.
Wiem, że zerwanie musi być nagłe i nie ma co się nad nim rozwodzić. Wyznaję tę szkołę. To jest --najbardziej się do niej przychylam. W jednym filmie, nie pamiętam jakim, Woody Allen, tak sobie przebierał w religiach... Jest też inna szkoła, tak daleka od moich naturalnych skłonności, że śmiało można powiedzieć, że to przez jej dominującą rolę na targowisku wyznań niepalących, wciąż rzucam, a jeszcze nie wypaliłem ostatniego papierosa. Szkoła neofityzmu świeżo niepalących, którym towarzyszą akolici w postaci cierpiących jeszcze niedopieczonych wonnabees.
Widziałem w telewizji jakiś czas temu -- tego komika z wąsem, krakusa, co czasem tak skrzeczy, choć ma niski głos z natury -- jak z kompletnym wytrzeszczem religijnego fanatyka krzyczał, jak mu jest wspaniale bez papierosa. Widziałem co to ludziom robi. I nie chcę. Lubię papierosy i lubię siebie rzucającego. Nie będę szczęśliwszy bez papierosa. Gówno! Bez przeproszenia - gówno - ja nie z tej gliny. Ale mam prawo rzucić. Mam powody i wolno mi. I nie muszę tego robić w milczeniu, "jak mężczyzna", mam prawo ponarzekać.
A Państwo mi mogą nawrzucać w mailu - toż to skandal! Alkoholikowi, czy narkomanowi na odwyku nie wolno, nie można opowiadać, że się lubi sobie strzelić lufę i nie chce się z nią rozstać! A ja lubię i chcę sobie potrafić tego odmówić. Przeszkadza mi w tym cały ten dyskurs niepalących - tych od zawsze i od kiedyś. Dyskurs, który albo mnie wyklucza, albo obraża.
Te notatki mają być formą odczarowania, próbą znalezienia dla siebie miejsca w tym dziwnym świecie bez fajka. Obserwacją uczestniczącą ze świata niepalących. Skierowaną do zadowolonych z siebie palaczy i rzucających -- do jakich sam należę. Nie chcę wam pomagać rzucić. Pomóc wam może żona. Albo ten komik z Krakowa. Ja postaram się wam pomóc zrozumieć Innego, a przynajmniej przestać nienawidzieć.
Wolno piszę. Podczas pisania tego felietonu wypaliłem ze cztery fajki. Może jeden z nich to był ten ostatni?