Mam dwóch siostrzeńców, bliźniaków zresztą, których bardzo lubię, choć rzadko widuję. Ostatnie spotkanie -- gdzieś tak po roku niewidzenia -- miało miejsce na święta. Pierwszy zobaczył mnie Tomek -- "Wujku, jaki ty jesteś duży!" Tuż za nim wbiegł Paweł -- "Wujku, ale ty jesteś gruby!" I jak tu się nie załamać! Fakt -- zawsze byłem masywny, gdybym był bokserem na pewno walczyłbym w wadze super ciężkiej. Nie da się jednak ukryć, że w ciągu ostatnich miesięcy przestałem być tylko duży, a zacząłem być gruby.
Nie mam w zwyczaju się oszukiwać, ale nie lubię też przesadzać. Bezceremonialny dziesięciolatek był pierwszą osobą z mojego otoczenia, która zwróciła mi uwagę na niepokojące zmiany w sylwetce. Inni -- moja dziewczyna, ojciec -- dopiero natarczywie wypytywani przyznaliby, że "ostatnio nieco przytyłem". Więc może nie jest aż tak źle...
Przy piwie podzieliłem się swoimi obserwacjami z kolegą, który obejrzawszy mnie z każdej strony oświadczył, że owszem mam problem z wagą, ale w głowie i że nazywa się to anoreksja. Zjedliśmy u Wietnamczyka po pieczonych żeberkach, popiliśmy jeszcze jednym piwem i w dobrych nastrojach udaliśmy się do domów. Ja pojechałem tramwajem. I tu dobry humor prysł. Zawsze miałem problem z wciśnięciem się w siedzenie w tych starszych składach -- po prostu z trudem mieszczą mi się nogi. Tym razem ta sztuka mi się nie powiodła. To jest -- siedziałem jakoś, ale o zmieszczeniu tej zewnętrznej nogi mogłem tylko pomarzyć. Przeszkadzał brzuch. Duży brzuch. Jakby powiedział kochany Pawełek -- gruby brzuch. No i może kurtka puchowa.
Postanowiłem podejść do sprawy naukowo, z wagą. Z przerażeniem stwierdziłem, że niedługo będę musiał kupić drugą wagę. Skala się kończy. Żeby nie było -- waga jest bardzo malutka, ledwo mieszczę na niej stopy... Ważę dokładnie 100 kg. w piżamie i skarpetach, bez kapci. Jeszcze dziesięć kilo, a dobiję do ostatniej oznaczonej na skali wagi i niebezpiecznie zacznę się zbliżać do pełnego obrotu kółka, czyli z powrotem do zera...
Sam często mówię, że nie ważne jak się wygląda, ważne jak się czuje. Zrobiłem prosty rachunek sumienia i stwierdziłem, że czuje się źle. W zeszłym roku, o tej samej porze, też czułem się źle, ale to raczej z powodu egipskich ciemności o porankach i mrozu. Dziś gdy idę rano do pracy przez te egipskie ciemności, w mrozie, czuję jak wlekę swój brzuch. W tramwaju stoję -- jeśli do niego dobiegnę, a biega mi się ciężko, oj ciężko. Nie mogę powiedzieć, żebym łapał zadyszkę wdrapując się na swoje drugie piętro, ale -- właśnie -- "wdrapuję się", a nie wchodzę. Owszem -- uprawiam poranną gimnastykę -- inni na to mówią: "wiązanie butów". Starczy?
Coś z tym muszę zrobić. Latem byłby mniejszy problem -- pobiegałbym trochę i po sprawie. Ale gdzie ja będę biegał w tych egipskich ciemnościach... po mrozie! Pora chyba na pierwszą w życiu... dietę. I -- nie wiem co mnie bardziej przeraża -- trochę brzuszków. Skłonów? Przysiadów? Brokułów? Chudego serka?
Postanowiłem podejść do sprawy naukowo, czyli włączyłem internet... Po godzinie surfowania stwierdziłem, że powinienem do odchudzania wykorzystać moje wrodzone lenistwo i porzucić złe nawyki żywieniowe, zanim podejmę jakiekolwiek dalsze kroki -- tj. przestanę coś robić, zanim zacznę robić coś nowego.
Niniejszym oświadczam, uśmiechając się do stojącej w kącie wagi, że
1) koniec z Mc Donaldem
2) koniec z kebabami
3) koniec z żeberkami od Wietnamczyka
4) koniec ze słodyczami we wszelkiej postaci, a batonikami w szczególności
5) koniec z jedzeniem po 18, no dobra -- 19... koniec z jedzeniem po nocy, w każdym razie
Wreszcie:
6) piwo wypiję za tydzień, kiedy będę mógł Państwu zameldować swoją -- niższą niż dziś -- wagę.